DOmN - łączy wiedzę wszystkich diet, wreszcie jesteś w domu, znasz kierunek w codziennych wyborach...! a jo-jo już nigdy nie będzie jo-jo!
W 1859 roku kanadyjski biolog John William Dawson opisał skamieniałe, 8-metrowe kolumny z okresu dewonu, nadając im nazwę Prototaxites i klasyfikując je jako prastare drzewa iglaste. Popełnił kardynalny błąd klasyfikacyjny, który na kolejne 166 lat uwięził umysły naukowców w labiryncie błędnych diagnoz. W geologicznej epoce dewonu pierwsze rośliny naczyniowe ledwo dorastały do kilku centymetrów, tymczasem uczeni próbowali zaakceptować wizję gigantycznego drzewa iglastego stojącego pośród mchów wielkości trawy.
Ten historyczny paraliż poznawczy idealnie odzwierciedla współczesną bezradność akademickiej dietetyki wobec DOmN (Dzisiejszego Odżywiania możliwie Naturalnego). Zderzenie rewolucyjnej, biologicznej rzeczywistości z ciasnymi, kulturowymi szufladkami nauki w obu przypadkach przebiega według identycznego, systemowego schematu.
Przez niemal dwa stulecia badacze Prototaxites bezskutecznie próbowali wtłoczyć ten unikalny organizm w cztery powszechnie akceptowane szuflady biologiczne: roślina, grzyb, glon lub porost. Kiedy w 2001 roku Francis Huber dostrzegł pod mikroskopem rurkowate flety przypominające strzępki grzybów, a w 2007 roku zespół z Uniwersytetu Stanforda opublikował analizę izotopów węgla sugerującą, że istota ta żywiła się martwą materią organiczną, ogłoszono globalny sukces. Podręczniki, muzea i encyklopedie autorytatywnie obwieściły: Prototaxites to „największy grzyb w historii Ziemi”.
Błąd Boysa i Hubera polegał na badaniu jedynie cech pośrednich i ogólnego podobieństwa pod powiększeniem. Dopiero przełomowa, bezpośrednia analiza chemiczna „próbka do próbki” przeprowadzona przez zespół z Edynburga na doskonale zakonserwowanych we mchach okazach z Rhynie Chert (Szkocja) ujawniła niewygodną prawdę. Okazało się, że w tkankach Prototaxites całkowicie brakowało chityny – substancji budującej ściany komórkowe absolutnie każdego znanego nauce grzyba. Zamiast tego struktura była bogata w związki przypominające ligninę (odpowiedzialną za twardość drewna roślin), przy jednoczesnym zerowym potencjale fotosyntetycznym.
Jak podsumowała Sandy Heatherington: „To życie, ale nie takie, jakie znamy”. Prototaxites reprezentował całkowicie wymarłą, unikalną linię ewolucyjną wielokomórkowców, dla której cztery tradycyjne szuflady klasyfikacyjne były po prostu zbyt ciasne i nieadekwatne. Nauka wolała jednak przez dekady tkwić w błędzie, niż zakwestionować nadrzędny system podziału.
W identyczną pułapkę wpada dzisiejsza medycyna i dietetyka akademicka. Kiedy spotykają się z koncepcją Odżywiania Naturalnego (ON), ich pierwszą, mechaniczną reakcją jest próba sklasyfikowania go w ramach ogólnie przyjętych pojęć. ON zostaje natychmiast wrzucone do szuflady z napisem: „radykalna, eliminacyjna, skrajna dieta” i jako takie – automatycznie odrzucone.
Tymczasem DOmN kategorycznie nie jest kolejną dietą. Diety to krótkoterminowe, skalkulowane matematycznie ludzkie wynalazki, służące do radzenia sobie z doraźnymi problemami, zoptymalizowane pod trwanie w Kulinarnym Rezultacie Kultury (KRK) i uwarunkowane tradycją. DOmN to biologiczny kierunek postępowania na całe życie. To powrót do ewolucyjnego, oryginalnego oprogramowania naszego DNA, zapisanego na przestrzeni 3,5 miliarda lat nieprzerwanej linii życia – stałego zasilania komórek czystym, bioaktywnym Produktem Nieprzetworzonym (PN).
Klasyfikowanie DOmN jako „diety” przez współczesnych specjalistów jest dokładnie tym samym błędem, co nazywanie Prototaxites „drzewem iglastym” tylko dlatego, że jest wysoki i twardy. Dietetyka tkwi w swoim własnym „dewońskim grząskim gruncie”, uznając przetworzony pokarm za podstawowy stan wyjściowy człowieka i nie dopuszczając do świadomości faktu, że nasze komórki i mikrobiom na poziomie cytologicznym nigdy nie zaadaptowały się do termicznie zniszczonej materii.
Podobnie jak geochemicy z 2007 roku opierali swoją definicję grzyba na pośrednim dowodzie z izotopów węgla, tak współczesna nauka o żywieniu opiera się na „kamuflażu wartości odżywczych”. Na kolorowych etykietach przemysłowej karmy podaje się ustandaryzowane wartości kaloryczne i obecność kilkudziesięciu wyizolowanych składników (białek, tłuszczów, węglowodanów, magnezu czy witamin).
To skrajnie redukcjonistyczne podejście ignoruje fakt, że:
Nasze ciała to nie prymitywne piece na kalorie, lecz niezwykle precyzyjne, samoregulujące się bioreaktory, wymagające do optymalnej pracy nienaruszonej, wysoce uporządkowanej naturalnej matrycy biologicznej (Negentropii).
Surowe, żywe rośliny i owoce składają się z milionów bioaktywnych substancji oraz prawdopodobnie biofotonów, których gotowanie i pasteryzacja bezpowrotnie niszczą.
Nie odżywiamy się sami. Jesteśmy holobiontem, a nasza Mikrobiota jelitowa (ok. 2 kg żywego ekosystemu) decyduje o 80–90% naszych preferencji smakowych, myśli i odporności. Mikroby te, ewolucyjnie ukształtowane na surowej żywności, w konfrontacji z jałową, chemiczną karmą UPF wchodzą z naszym organizmem w permanentny konflikt przedzapalny, co manifestuje się epidemią chorób cywilizacyjnych.
Trudność ze zrozumieniem i zaklasyfikowaniem DOmN przez świat nauki i dietetyki nie wynika z braku dowodów biologicznych – te są widoczne na każdym kroku w dzikiej naturze, gdzie żadne zwierzę nie gotuje, nie liczy kalorii i nie cierpi na otyłość. Wynika ona z głębokiego, kulturowego zaślepienia, nawyków kulinarnych oraz lęku przed rozbiciem dotychczasowego status quo.
Dopóki dietetyka akademicka nie zacznie postrzegać człowieka przez pryzmat biologii holistycznej i ewolucyjnej, dopóty ON będzie dla niej „niezrozumiałe jak Prototaxites”. Wejście w paradygmat DOmN wymaga odwagi zakwestionowania samego systemu klasyfikacji – przejścia z pozycji obserwowanego przez algorytmy (kultury) pasażera na pozycję świadomego pilota własnego, dzikiego bioreaktora.